Katalonia 2024

Wędrówki z Gosią, Maćkiem i Kubą

W tym roku wybraliśmy się do Katalonii. Początkowo planowaliśmy Toskanię, ale logistyka nam się nie składała. Katalonia nie była oczywistym kierunkiem, a wielu osobom kojarzy się przede wszystkim z Barceloną i morzem, ale okazało się, że jest również wypełniona parkami narodowymi. Nie było więc ryzyka, że się zanudzimy.

Góry różnych rozmiarów w zasadzie ciągną się wszędzie, a na północy są Pireneje, które oddzielają Hiszpanię od Francji i Andory.

Zaplanowaliśmy dwie części wakacji. W pierwszym tygodniu udaliśmy się w wyższe góry, a w drugim bliżej wybrzeża. Przed wyjazdem zarezerwowaliśmy tylko pierwszą lokalizację.

Dzień 1: Podróż

Wylecieliśmy o 7:15 po bardzo wczesnej pobutkce. Na lotnisku mogliśmy skorzystać z kolejek rodzinnych, gdyż podróżowaliśmy z Kubą. Nawet ja się załapałem. Na miejscu odebraliśmy samochód Ssang Yong Korando, który okazał się całkiem pakowny. Apartament mieliśmy odebrać po 19:00, więc mieliśmy do zagospodarowania cały dzień.

Po dłuższym zastanowieniu i szukaniu na mapie, wybraliśmy losowy zamek w pobliżu lotniska — Castell de Fels w miejscowości Castelldefels.

Nie uchwyciłem na zdjęciach imponującej biblioteki w Castelldefels ani samego zamku Castell de Fels.

Później udaliśmy się w kierunku docelowym. Zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze w Lidl’u w Berga i zboczyliśmy do Bellver de Cerdanya, żeby zjeść tapasy. I ostatecznie dotarliśmy do posiadłości Cal Teler-Tula w Olopte. Cała trasa to raptem 175 km, a dotarliśmy na drugi koniec Katalonii, blisko granicy z Francją.

Okazało się, że jest to całkiem luksusowy apartament. Posiada dwa wejścia. Przy górnym wejściu mieliśmy miejsce na samochód. Warunki mieszkalne były znakomite. Niczego nie brakowało. Na górze: ogromny salon z częścią jadalną oraz kuchnią i łazienka. Na dole: 3 sypialnie i dwie łazienki.

Dzień 2: Prullans – Pista de la Serra

Rano była mgła, ale szybko zrobiło się słonecznie i mogliśmy podziwiać z balkonu góry. Widok wychodził na południo-wschód, czyli lewą (wschodnią) część Cadi-Moixero.

Tego dnia zrobiliśmy rozgrzewkową wycieczkę na 7 km i 270 m podejść. Zaczęliśmy z Prullans - małej, sympatycznej miejscowości. Ścieżka biegła ocienioną doliną, gdzie spotkaliśmy krowy. Przeszliśmy koło wyżej położonego Ardoval. Dalej było więcej słońca — zrobiliśmy zakole po drugiej stronie “grani” i wróciliśmy koło La Serra do Prullans.

W zasadzie trasa ta leży już na południowym krańcu Pirenejów. W związku z tym widoki są głównie na południową stronę — czyli na Cadi-Moixero.

Bellver de Cerdanya

Po południu wróciliśmy do Bellver de Cerdanya i zwiedziliśmy stare miasto. Bardzo fajne miasteczko i miło się spacerowało. Okoliczna zabudowa jest głównie z kamienia. Pustki, bo życie toczy się raczej w nowszej części. Dużo domów na starym mieście ma schowki kodowe na klucze, więc są prawdopodobnie na wynajem. “Bellver de Cerdanya” znaczy “Piękny widok na Cerdanyę”.

Cerdanya

Nazwa Cerdanya pojawiała się dosyć często w okolicy, co skłoniło mnie do poszykania co to właściwie jest i gdzie my jesteśmy.

Pierwszy tydzień chcieliśmy spędzić w wyższych górach. Według google, polecanymi górami w Katalonii do wędrówek jest Parc Natural del Cadí-Moixeró. Zdjęcia wyglądały fajnie, jest dużo szlaków i dojazd niezbyt długi. Wybór noclegów nie był zbyt duży i raczej celowaliśmy w południową część gór, ale ostatecznie znaleźliśmy idealne miejsce po północnej stronie w Olopte. W gruncie rzeczy odległości nie są duże, więc zawsze można przejechać w inną część — przynajmniej tak myśleliśmy. Okazało się, że ta krótka odległość jest dzięki tunelowi pod Cadí-Moixeró, a przejazd kosztuje 14 euro w jedną stronę, więc trochę odechciało nam się jeździć na południe. A na około to godzina drogi.

Znaleźliśmy się więc w Cerdanyii — regionie naturalnym i historycznym. W czasach starożytnych mieli nawet osobny język, ale zmiksowali się z Iberyjczykami i później było to hrabstwo Katalonii. Obecnie Cerdanya jest podzielona pomiędzy Hiszpanię i Francję (z eksklawą hiszpańską po francuskiej stronie). Naturalnym podziałem są tu Pireneje. Po stronie hiszpańskiej w Cerdanyi krzyżują się 3 duże prowincje: Lleida, Girona i Barcelona. Mimo tych podziałów Cerdanya wciąż funkcjonuje jako region kulturowy i widać dużo odniesień do niej, chociażby w nazwach miasteczek.

Nasza część Cerdanyii ograniczona jest pasmem Cadí-Moixeró na południu i Pirenejami na północy. Dzięki temu mieliśmy okazję zwiedzić oba te pasma. Wbrew wcześniejszym planom, mniej chodziliśmy po Cadi-Moixero, bo północna część jest raczej stroma i nie było dużego wyboru dobrych dla nas szlaków.

Dzień 3: Estany de Malniu

Trzeciego dnia wybraliśmy się głęboko (acz nie daleko) na północ, w wyższe Pireneje. Trasa zakłała wyruszenie ze schroniska Refugi de Malniu, dojście do jeziora Estany de Malniu, ewentualnie wyżej położonego Estany Mal i powrót inną drogą.

Wycieczka od początku zapowiadała się ekscytująco gdy jechaliśmy krętą górską drogą i podziwialiśmy widoki wyłaniające się pomiędzy chmurami. Po minięciu miasteczka Meranges i jego wąskich uliczek, droga wyraźnie zwęziła się. Dalej było jeszcze miasteczko Girul. Później była już tylko droga gruntowa, która wiła się po zboczu góry. Dalej nie było cywilizacji, jedynym celem było schronisko.

Dojazd do schroniska okazał się zamknięty szlabanem, ale zdołaliśmy wjechać na 1981 m (coś jak Kasprowy Wierch) i stamtąd rozpoczeliśmy naszą wędrówkę. W sumie przeszliśmy 10 km, 294 m podejść i zajęło nam to ponad 4 godziny.

Po paru kilometrach i 145 m w górę spokojnej drogi (w końcu to droga dojazdowa) doszliśmy do schroniska Refugi de Malniu (2125 m) i towarzyszącego mu jeziora Estany Sec (2127 m).

Od schroniska poszliśmy dalej bardzo przyjemną ścieżką, na której niesamowitą atrakcją było chodzenie po kamieniach. Spodziewalibyśmy się większych trudności na tych wysokościach. Weszliśmy 125 m wyżej i doszliśmy do Estany de Malniu (2250 m). Z jeziora można było zobaczyć pobliskie Roca de la Llosa (2366 m). Była również ścieżka na Puigpedrós (2915 m). Zrobiliśmy postój nad jeziorem i zjedliśmy prowiant.

Postanowiliśmy nie iść do Estany Mal, ale rozdzieliliśmy się: Gosia z Kubą zaczęli schodzić, a Maciek i ja poszliśmy ścieżką wokół jeziora. Ścieżka to trochę dużo powiedziane. Teoretycznie było coś na mapie, ale w rzeczywistości nic oznaczonego i polegało to na przedzieraniu się przez krzaki, błoto i skakaniu po głazach.

W drodze na dół mieliśmy dogonić Gosię z Kubą. A że mieliśmy schodzić inną drogą zastanawialiśmy się czy wszyscy skręcili w tą samą stronę. Ale w końcu ich dogoniliśmy na wrzucaniu szyszek do kałuży. Całkiem sporo zdołali zejść.

Później zdołaliśmy jeszcze zgubić szlak i trochę kluczyć między drzewami. Ale ogólnie łagdne zejście.

Po powrocie do domu okazało się, że mocno się wychłodziłem i stałem 15 minut pod gorącym prysznicem. Miało to swoje skutki w następnych dniach.

Dzień 4: Prat de Cadí

W końcu wyruszyliśmy w kierunku Cadí-Moixeró — wszak po to tam przyjechaliśmy. Wybraliśmy popularny szlak z głęboko (czyt. wysoko) położonego miasteczka Estana do polany Prat de Cadi, skąd można zrobić kółko spowrotem. Cała trasa liczy 8,7 km, 454 m podejść i zajęła 4:20.

Dojazd z Olopte zajmuje nieco ponad pół godziny. Mijamy Bellver de Cedanya i w miejscowości Martinet de Cerdanya przecinamy rzekę i wspinamy się wąską górską drogą na południe wgłąb pasma Cadí-Moixeró. Za Estana dołączyliśmy do stada krów, które również podążały do polany Coll de Pallers (1502 m), gdzie jest parking i początek szlaku.

Podejście było dosyć intensywne, aczkolwiek w miarę wygodne, bo wchodziliśmy głównie granią. Cały czas towarzyszyły nam piękne krajobrazy, głównie na Cadí-Moixeró, ale też na poboczne szczyty. Nie wchodziło się po kamieniach, więc Kuba był zawiedziony i próbowaliśmy wytłumaczyć mu, że chodzenie po skale to tak jak po jednym wielkim kamieniu.

330 m wyżej przywitała nas polana Prat de Cadí (1830 m), skąd można było podziwiać Cadí-Moixeró w pełnej okazałości. W tej części chyba najwyższy szczyt to Pic de Costa Cabirolera (2604 m). Z polany żółty szlak idzie dalej na przełęcz (2510 m) i wyglądało to zachęcająco, ale tym razem nie skorzystaliśmy.

W drodze powrotnej zrobiliśmy z Gosią kółko ścieżką odchodzącą po drugiej stronie polany, a Maciek z Kubą poszli skrótem. Nasza droga była dosyć męcząca ze stromymi śliskimi błotniskimi zejściami w lesie. W połowie zejścia spotkaliśmy się z Maćkiem i Kubą, którzy już na nas czekali.

Gdy jechaliśmy z Estana do domu, na wąskiej górskiej drodze musieliśmy mijać się z tirem, co wymagało wycofania paręset metrów, ale jakoś daliśmy radę.

Dzień 5 i 6: Regeneracja

Piąty dzień był dniem odpoczynkowym i udaliśmy się do miasteczka Puigcerdà, leżącego na granicy z Francją. Nie było zbyt ciekawe. Zwróciłem uwagę, że w lokalnych barach przesiadują tylko mężczyźni (zarówno tu, jak i w Bellver de Cerdanya) — kobiety są jedynie w obsłudze. Dziwnie.

Wieczorem dogoniło mnie przeziębienie.

Następny dzień przeleżałem.

Gosia, Maciek i Kuba wybrali się na Pla de la LLet (znalazłem po Kozie) i mówili, że i tak nie było widoków, bo była mgła. Zdjęcia mówią co innego:

Pierwotnie planowaliśmy tego dnia zrobić wycieczkę do jeziora Estany de l’Orri (2160 m), gdzie część osób mogłaby pójść wyżej do Estany Gran de Setut (2561 m), ale nie dane nam to było.

Dzień 7: Olopte – Gualba

Tak naprawdę pierwsza część wakacji była o jeden dzień krótsza i już siódmego dnia opuściliśmy Olopte i Cerdanyię. Na pożegananie jeszcze zrobiłem zdjęcia naszej posiadłości:

Drugi nocleg zarezerwowaliśmy będąc w Olopte. Chcieliśmy być bliżej wybrzeża i lotniska, a przy tym mieć dostęp do fajnych szlaków. Wybór nie był tak szeroki, jak by się wydawało z uwagi na wyższe ceny. Ostatecznie zarezerwowaliśmy Rural Montseny w miasteczku Gualba w rezerwacie krajobrazowym Montseny. Rezerwację mieliśmy od 15:00, więc mogliśmy pojechać o komfortowej godzinie. Cała trasa to raptem 150 km i nieco ponad 2 godziny.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze nad zalewem Pantà de la Baells, żeby porobić zdjęcia.

Nasze nowe lokum było w budynku z apartamentami do wynajęcia. Standard nam się obniżył: tylko jedna łazienka, mały salon, ale wciąż 3 sypialnie i oddzielna kuchnia. Aczkolwiek warunki do spania miałem lepsze — tym razem moja sypialnia miała podwójne łóżko.

Wieczorem poszliśmy na spacer po Gualbie.

Dzień 8: Santa Fe de Montseny – Turó de Morou

W sobotę wybraliśmy się do Santa Fe de Montseny. Dojazd był dosyć długi, mapy kazały nam wyjechać z Montseny i wjechać inną drogą. Podjazd był długi i kręty od wysokość 110 m do 1075 m, czyli prawie kilometr w górę. Na górskich drogach mijaliśmy dużo kolarzy, może nawet jakieś zawody były. Okazało się też, że cała Barcelona postanowiła przyjechać do Santa Fe. Wszystkie parkingi były zajęte, jak również pobocza powyżej Santa Fe. Była nawet policja wlepiająca mandaty za złe parkowanie. Pobocza oddzielone przerywaną linią były legalne, natomiast nie można było parkować za ciągłą linią. Udało nam się znaleźć miejsce paręset metrów poniżej Santa Fe. Od naszego postoju była ścieżka do jeziorka, więc nie musieliśmy przechodzić przez Santa Fe.

Szlak zaczynał się od zalewu Pantà de Santa Fe (1075 m), utworzonego przez tamę po której przeszliśmy na drugą stronę. Dalej poszliśmy odwrotnie do ruchu wskazówk zegara. To był przyjemny, szeroki, leśny szlak — idealny na sobotni wypad za miasto dla ludzi w każdym wieku. Były zarówno dzieci jak i ludzi starsi. My wybraliśmy dłuższy wariant szlaku przez szczyt Turó de Morou (1311 m). Sam szczyt łatwo było przegapić, bo był płaski i w lesie. Ale kawałek dalej była fajna skała Esquei de Morou (1290 m). Po zejściu drugą stroną zatrzymaliśmy się jeszcze przy wodospadzie i zalewie, gdzie Kuba mógł powrzucać kamienie do wody.

Całość zajęła 4:20, 7,6 km i 280 m podejść.

Dzień 9: Cap de Pola

Następnego dnia chcieliśmy uniknąć weekendowego tłoku na Monstseny i wybraliśmy się na wybrzeże do Tossa de Mar, skąd poszliśmy ciekawym szlakiem do Cap de Pola, a w zasadzie zatoki Cala Pola. Szlak wił się po klifach i obfitował w podejścia i zejścia. Jednocześnie był bardzo malowniczy, z wieloma punktami widokowymi. W pierwszej fazie wspinał się z miasteczka do drogi biegnącej po klifie, po czym znów schodził skałami aż do plaży w odosobnionej zatoce Cala Bona. Później trzeba było jeszcze przejść przez jeden klif, aby dotrzeć do celu — plaży w zatoce Cala Pola. Do samego cypla Cap de Pola nie doszliśmy. W Cala Pola był spory ośrodek z domkami kampingowymi.

Gosia z Kubą zostali na plaży Cala Pola, a Maciek i ja wróciliśmy klifami po samochód.

Cała trasa zajęła niecałe 3 godziny, 5,3 km i 340 m podejść.

W drodze powrotnej pojechaliśmy tanio zatankować i trochę pobłądziliśmy jak mapy pokierowały nas mało przejezdną drogą przez jakiś kamping i pole opuszczonych kamperów. Później w drodze mogliśmy podziwiać efekty świetlne zachodu słońca, które nam towarzyszyły codziennie.

Dzień 10: Matagalls

Po weekendzie wyruszyliśmy na jeden z trzech najwyższych szczytów parku Montseny - Matagalls (1697 m). Wstaliśmy wcześniej i szybko zjedliśmy śniadanie. Plan był taki, żeby szybko obrócić i jeszcze później pojechać na wybrzeże. Dojazd zaczynał się jak do Santa Fe, ale odbiliśmy w drogę biegnącą trochę bardziej na zachód. Zaparkowaliśmy na parkingu w Collformic (1145 m) — jeszcze były miejsca, ale już się kończyły.

Trasa była liniowa “w tę i spowrotem”. Gosia i ja poszliśmy przodem, żeby zdobyć szczyt. Maciek z Kubą szli z tyłu i mieliśmy się spotkać w drodze powrotnej. Od samego startu szlak piął się mocno w górę i intensywnie było przez całą drogę. Da się go podzielić na 3 odcinki: wejście na Turó del Pla de la Barraca (1382 m), Turó Gros (1540 m) i na sam Matagalls (1697 m). Przez większość szlak był odkryty i można było podziwiać widoki. Dosyć ciekawy efekt dawała szybko zmieniająca się perspektywa. Te same kierunki wraz ze wzrostem wysokości zaczynały wyglądać zupełnie inaczej.

Po drodze mijaliśmy grupki dzieci z dosyć dużej wycieczki szkolnej. Dziewczynki były przyjaźnie nastawione i nawet próbawały do nas zagadać, ale speszyły się mówieniem po angielsku. A później dowiedzieliśmy się, że Kuba jak zwykle oczarował wszystkich i przybijał piątki.

Mimo intensywnego podejścia dosyć szybko osiągneliśmy szczyt Matagalls (1697 m). Miał on budowę kopy — strome choć gładkie podejście i płaski szczyt. Stamtąd rozpościerał się widok na wszystkie strony. Na wschodzie można było podziwiać dwa najwyższe szczyty Montseny: Los Agudes (1705 m) i Turó de l’Home (1705 m). W ogóle widoki z Montseny są bardzo fajne, bo można też zobaczyć inne okoliczne pasma górskie, a także miasta w oddali.

W drodze powrotnej ponownie spotkaliśmy zaprzyjaźnioną grupę szkolną, już bardziej odważną i wymieniliśmy się pozdrowieniami. Później dołączyliśmy do Kuby i Maćka, który był dodatkowo obciążony kamieniami w plecaku.

Cała trasa miała 7.1 km, 554 m podejść i zajęła 3:18.

Mataró

Prosto z Collformic pojechaliśmy na wybrzeże. Mieliśmy jechać do Arenys de Mar, ale źle skręciliśmy i pojechaliśmy do Mataró. Trochę dalej, ale czas dojazdu podobny, bo szybka droga. Po długich poszukiwaniach restauracji w końcu dojechaliśmy do portu Puerto de Mataró, gdzie zjedliśmy obiad. Później spędziliśmy trochę czasu na pobliskiej plaży, a po zachodzie zwiedziliśmy port.

Menú del día / mediodía

W krajach południowych często mamy problem z dostosowaniem się do ich rytmu dnia / jedzenia. Bo z jednej strony chodzimy na wycieczki górskie, które rzadko kończą się przed 16:00, a z drugiej strony Kuba chodzi wcześnie spać (jak dobrze pójdzie — chociażby po to, żeby można było spędzić trochę czasu wśród dorosłych). A właśnie między 16 a 20 restauracje są z reguły zamknięte. Czasem jest to nieoczywiste, bo knajpa może być otwarta, ale mieć nieczynną kuchnie.

Niejednokrotnie obiady jedliśmy w domu we własnym zakresie. Czasem też próbowaliśmy posiłkować się tapasami. Ale tapasy, mimo swojej sławy, to nie jest to coś wyszukanego: do najpopularniejszych należą grzanki z serem lub też smażone ziemniaczki — nic co możnaby nazwać pełnowartościowym posiłkiem. Już lepsze są nasze zapiekanki.

Ale zdarzało nam się też jeść najpopularniejszą formę obiadu, czyli Menú del día (menu dnia) / Menú mediodía (menu lunchowe). Polega to na tym, że płaci się ryczałtowo 14 - 18 euro i dostaje się:

Całkiem smaczne są to rzeczy. I w sumie wychodzi całkiem tanio. Deser / picie jest często w ramach tej ceny, choć nie zawsze. Poniżej przykładowe Menú Mediodía w porcie Mataró. Menu jest na ogół po Katalońsku, bywa że jest oddzielne menu po hiszpańsku.

Dzień 11: Girona

W kolejnym dniu pogoda miała się popsuć, więc wybraliśmy się do Girony. Jednym z problemów w hiszpańskich miastach jest parkowanie. Udało nam się znaleźć miejsce z parkometrami w pobliżu starego miasta. Warunki i koszty parkowania są uzależnione od miejsca zamieszkania. Ponieważ nie jesteśmy mieszkańcami Girony, to obowiązywała nas wyższa cena i było ograniczenie do 2 godzin. Na szczęście nie podawało się numeru rejestracyjnego, więc dwa razy jeden z nas chodził dokupić kolejne 2 godziny.

Skorzystaliśmy z pomocy informacji turystycznej, gdzie uczynna pani zaproponowała nam trasę spacerową po najciekawszych miejscach.

Zaczęliśmy od przejścia mostem nad rzeką Riu Onyar, gdzie uwagę zwracają kolorowe budynki (niestety podniszczone, jak się przyjrzy bliżej) i spacer starymi uliczkami.

Następnym punktem była imponująca Claustre de la Catedral de Girona, czyli Katedra Girońska, znana z serialu Gra o Tron.

Niedaleko była Basílica de Sant Feliu. Na placu bazyliki była również rzeźba lwa na kolumnie. Lew ma nieszczęśliwy wyraz twarzy, bo najwyraźniej wszyscy go całują w tyłek, mimo wyraźnego zakazu.

Najciekawszą częścią wycieczki był spacer po murach obronnych. Są to dosyć dobrze zachowane wysokie mury z basztami. Mają w sumie kilka kilometrów długości w kilku odcinkach. Z murów jest fajny widok na miasto i otaczające go góry. Najbardziej okazale prezentuje się nasz masyw Montseny i można dostrzec dwa najwyższe szczyty: Los Agudes (1705 m) i Turó de l’Home (1705 m) — tym razem od północnego wschodu.

Xanadu

W Gironie wstąpiliśmy też do sklepu z pamiątkami. Pamiątki wprawdzie mnie nie interesują, ale zaciekawiła mnie piosenka o znajomym brzmieniu, która grała w radio. Po piosence prezenter mówił coś po katalońsku (lub hiszpańsku) i wychwyciłem dwa nazwiska: Olivia Newton-John (znana z Grease (1978)) i Gene Kelly (znany z Deszczowej piosenki (1952)). Połączenie to było intrygujące, więc po powrocie do domu postanowiłem poszukać o co w tym chodziło. Okazało się, że Olivia i Gene zagrali w filmie muzycznym na wrotkach Xanadu (1980). Tytułową piosenkę zaśpiewała Olivia Newton-John, a muzykę stworzył Electric Light Orchestra — stąd znajome brzmienie. Fragment można zobaczyć na Youtube, a sama piosenka zaczyna się od 3:17.

Dzień 12: Barcelona

Następnego dnia pogoda wciąż była niepewna i wybraliśmy się do Barcelony. Jeżdżąc po Katalonii, a w szczególności na odcinku Barcelona – Girona, rzucają się w oczy fabryki. Tak jak w Polsce widzimy głównie pola i lasy, tak w Katalonii są to fabryki i góry. Jak się spojrzy na mapę to wyraźnie widać trzy pasy od wybrzeża:

Pojechaliśmy na obrzeże Barcelony, gdzieś pod koniec jednej z linii metra. Mimo to i tak był problem ze znalezieniem miejsca do parkowania. Podobnie jak w Gironie, większość miejsc jest płatnych z ograniczeniem czasowym dla ludzi spoza miasta. Tym razem nie mogliśmy pozwolić sobie na dokupowanie kolejnych godzin. W końcu udało się znaleźć miejsce na jednym z białych parkingów (bezpłatnych, bez ograniczeń), ale długo krążyliśmy i trzeba było precyzyjnie zaparkować.

Metrem dostaliśmy się do centrum i po krótkim spacerze zjedliśmy lunch w dosyć schowanej restauracji — klimatycznej i mało turystycznej. Kuba miał dziecięcą wersje Menú del día, czyli wszystko co dzieci lubią najbardziej: frytki, kurczak w panierce, ketchup, makaron w sosie pomidorowym.

Po lunchu obejrzeliśmy Catedral de Barcelona oraz Basílica de Santa Maria del Mar, którą również zwiedziliśmy od środka. Później poszliśmy do portu, gdzie Gosia z Kubą poszli do oceanarium.

Maciek i ja poszliśmy się przejść po Barcelonie. Najpierw zwiedziliśmy kilka uliczek starszej części, a później udaliśmy się na długi spacer do wciąż remontowanej Basílica de la Sagrada Família. Po drodze minęliśmy Petit Palau, a w drodze powrotnej Arc de Triomf.

To był dosyć długi spacer, zrobiliśmy 23295 kroków. Ogólnie centrum jest bardzo zatłoczone. A cała Barcelona składa się z niekończących się kwadratów ulic, które wszystkie wyglądają tak samo — a przeszliśmy ich kilkadziesiąt. No, ale zwiedzanie miast nie cieszy się powodzeniem na naszych wyjazdach.

Katalonia

Katalonia jest wspólnotą autonomiczną Hiszpanii. Ma swój własny język — Kataloński, a nawet hymn. Większość napisów jest tam po Katalońsku albo dwujęzycznych. Dosyć szybko przekonaliśmy się, że lepiej ustawić Google Translate na Kataloński.

Katalonia składa się głównie z gór, morza i fabryk. Fabryki ciągną się pomiędzy górami jak pola w innych krajach. Dzięki fabrykom i turystyce jest chyba najbogatszym regionem w Hiszpanii i może stąd jej zapędy niepodległościowe. W istocie parlament Katalonii w 2015 roku uchwalił deklarację niepodległości, ale nie została ona uznaza przez żadne inne państwo, ale zmusiła rząd Hiszpanii do reakcji.

W wielu miejscach można zobaczyć Estaladę – flagę niepodległej Katalonii, która jest modyfikacją Senyery – flagi Katalonii.

Dzień 13: Los Agudes i Turó de l’Home

Gosia z Kubą mieli dzień odpoczynku, a Maciek i ja wyruszyliśmy na najwyższe szczyty Montseny. Wróciliśmy do Santa Fe i zaparkowaliśmy trochę powyżej na parkingu rozpoczynającego szlak — tym razem nie było problemów z parkowaniem.

Podejście było dosyć intensywne, ale utrzymywaliśmy dobre tempo. Na dole szlak biegł przez las i momentami był praktycznie niewidoczny, ukryty pod warstwą jesiennych liści. Przez jakiś czas odsłoniła się lewa - południowa strona z widokiem na Turó de l’Home. Później zrobiliśmy zakole w prawo aż do wyjścia na grań, gdzie odpoczywały kozy. Granią trzeba było przejść kawałek na północ i już po skałach znaleźliśmy się na Los Agudes (1704 m). Z Los Agudes rozpościerał się widok na wszystkie strony. Można było zobaczyć siostrzany szczyt Turó de l’Home, ale również masyw Matagalls (1697 m), na który wcześniej wszedłem z Gosią.

Z Los Agudes szlak biegł już w zasadzie bokiem grani, żeby później spiralnie wspiąć się na Turó de l’Home (1704 m). W odróżnieniu od skalnego Los Agudes, Turó de l’Home ma sylwetkę kopy. Na szczycie znalazły się symbole niepodległościowe. Zastała nas tam też chmura przechodząca przez grzbiet, dająca ciekawy efekt wizualny.

Całość miała 8,4 km, 631 m podejść i zajęła 3:19.

Arenys de Mar

Przez wiele dni obserwowaliśmy piękne zachody słońca wracając samochodem do domu. Po obiedzie wpadliśmy na pomysł, żeby pojechać na wybrzeże i tam obejrzeć zachód. Natomiast zbieraliśmy się tak długo, że wyjechaliśmy już po zachodzie. Wybraliśmy się do najbliższego nadmorskiego miasteczka Arenys de Mar. Wystarczyło tylko przebić się przez Parc del Montnegre i el Corredor, który rozciąga się między wybrzeżem a częścią fabryczną.

Arenys de Mar okazał się bardzo zatłoczonym miasteczkiem z parkingiem ciągnącym się kilometrami na głównej ulicy. Ogólnie nabrzeżna część Katalonii wydaje się bardzo zatłoczona i nie wyobrażam sobie spędzać tam wakacji. Przespacerowaliśmy się tylko po plaży, która o tej porze była już pusta.

Dzień 14: Castell de Farners

Ostatniego dnia pojechaliśmy na wspólną spokojną wycieczkę do zamku. Dojechaliśmy na drugą stronę gór do Santa Coloma de Farners. W górę szlak był mało-uczęszczany (dużo osób po prostu idzie drogą gruntową, po której można też wjechać samochodem). Wiódł doliną, a później mocno wspinał się na grań. Dalej dołączał do drogi i łagodnie się wznosił do celu. Pod zamkiem były ruiny klasztoru Mare de Déu de Farners, gdzie zatrzymała się potężna wycieczka szkolna. Na szczęście do zamku Castell de Farners (414 m) dotarliśmy sami. Z zamku roztaczał się widok na wszystkie strony, m.in. masyw Montseny, Santa Coloma de Farners, a obok zamku widoczna była skała Turó del Vent (442 m).

Całość zajęła 4 godziny, 8,2 km i 352 m podejść.

Po zejściu długo szukaliśmy otwartej jadłodajni, ale w końcu udało nam się zjeść w lokalnym barze w Santa Coloma de Farners.

Dzień 15: Powrót

W dzień powrotu zostawiliśmy klucze na stole (zgodnie z ustaleniami z gospodarzem) i wyruszyliśmy po 7:00 na lotnisko. Lot był o 11:30, więc mieliśmy sporo zapasu na dojazd, tankowanie i oddanie samochodu. Wszystko odbyło się gładko i bez problemów.

Dziękuję Gosi, Maćkowi i Kubie za te wspaniałe wakacje. Musimy to jeszcze powtórzyć.

-Andrzej